Pokazywanie postów oznaczonych etykietą amor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą amor. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 maja 2019

moja matka ma sześć żyć

słony wiatr skręca ci włosy
coraz mocniej w cukrową watę,
a ty dalej
na starych paragonach
rozrysowujesz
rozkłady sześciu żyć.
to trudne, kiedy metraże się kurczą
a życia wciąż rozpełzają
po świecie.

sześć,
tyle co dwie trzecie kota
po jednym zielonym oku na każdą:
na tę zwiniętą w kłębek na sofie
na tę chodzącą własnymi drogami

jak to robisz,
że między
sofą a własnymi drogami
wydajesz nam resztę z dziewięciu?
i nawet nie mrugną zielone oczy?

jak to robisz,
że miedzy
jedną a drugą koronką
 a treningami pamięci
   a śledzeniem youtube
     a zapominaniem
          okularów
            kluczy
              telefonu
               notesów ze-sprawami-do-niezapominania

nadal jeszcze masz czas
płynąć mi w żyłach?
mamo?

poniedziałek, 12 marca 2018

rodzeństwo

jesteśmy sierotami
dziećmi sierot
wnukami sierot
zadajemy się z innymi sierotami
staramy się nie zostawiać po sobie nowych sierot
może czasem się udaje
może czasem nie

miłość podkreślamy na czerwono.

piątek, 1 grudnia 2017

adwent

babcia z wiekiem trochę się zbiegła i ze sztucznego czarnego futra musiała upuścić kawałki. odeszło akurat na czapkę. była bardzo sprytna, a zaćma dopiero kiełkowała. zresztą igłę nawlekłaby nawet bez oczu, a może i bez rąk. w 1974 byłam tego pewna.
w grudniowej ciemności zaglądała do naszego pokoju i syczała moje imię. gramoliłam się zza sznurkowej kratki, chcąc i niechcąc jednocześnie tak bardzo, aż swędziały mnie kości.
po drodze chwytałam lampion, idealny sześcian z tektury, z bibułkowymi witrażykami. mama kleiła bryły jak fabryka, choć wówczas żadna fabryka nie produkowała adwentowych lampionów. dzieci myślały, że zagraniczny.
futro i czapka zmieniały babcię w wielkiego kreta z krótkim pyszczkiem. wkładałam granatowego misia, między łykami gorącego mleka zerkając, czy jej nos jednak nie wydłuża się w blady ryjek. ale nie.
ściągała mnie w pasie skórzanym paskiem i wychodziłyśmy na mróz.
podwórko skrzypiało nam pod butami, a my wędrowałyśmy na przełaj, wdychając zmrożone wyziewy restauracyjnych zaplecz. ten zapach ścinał w nosie gile w kryształy i dopiero kiedy oddtajały, można je było usunąć rękawem.
lampion chybotał się się na długim kiju, a drgający płomyk wiódł nas prosto w najgęstszy cień w mieście, cień ciemniejszy i większy od nocy.
całym, nie za ciężkim ciężarem uwieszałam się na żelaznej klamce, i na czarnych drzwiach, powycinanych w pierniczkowe krzyże, wjeżdżałam w szczelinę buchającą żywym lodem, zaciskając przy tym mocno powieki. bałam się, że skostnieją mi oczy, że pokryje je cienka skorupka, jak przy pierwszym mrozie na kałuży przy śmietnikach, i że ktoś nie będzie mógł się powstrzymać, żeby na nie nie nadepnąć. ja nigdy nie mogłam się powstrzymać.
wchodziłyśmy do kościoła, do wnętrza czarnej lodowej góry, i szłyśmy między lodowymi filarami, których szczyty ginęły gdzieś w nieskończoności, wiem dobrze, każdego grudniowego ranka zadzierałam głowę na ile pozwalała mi skóra na szyi, widziałam wyraźnie jak wtapiają się w kosmos.
odgłosy naszych kroków rozchodziły się po kościelnej posadzce kręgami, mijały filary i rozbijały o brzeg nocnego nieba, które na horyzoncie schodziło nisko do samej ziemi. zdumiewające, że właśnie nasze buty wprawiały w drganie cały kościół, przecież byłyśmy takie lekkie. ile może ważyć calineczka i kret?
szłyśmy dalej, i dalej, bo wnętrze czarnej lodowej góry było o wiele dłuższe niż jakiekolwiek podwórko w mieście.
wtedy, tuż przed horyzontem, zaczęły pojawiać się inne światełka, wszystkie chwiały się i podskakiwały w jednym kierunku, zlatywały pod ten ołtarz, z którego spada dziecko.
włączałyśmy się w rój lampionów, gdzie zapach się ocieplał i lekko dusił stearyną i kadzidłem. śpiewałam z zapałem spuście nam na ziemskie niwy, a gile wsiąkały w rękawy granatowego misia.
— pomódl się, żeby mama zdrowa była, pomódl się niech zdrowe dziecko ci urodzi — szeptała mi do ucha babcia-kret.
modliłam się, aż bielały mi palce.
potem zapalały się światła i robiło się normalnie, jak w kościele. wracałam w podskokach przez szare podwórko.
pod misiem nadal miałam piżamę, wślizgiwałam się więc do ciepłego łóżka rodziców i spałam do śniadania.


poniedziałek, 30 października 2017

zosia, 107

taki aktor to ma brzydko. w błocie się musi utaplać, całować się musi... całowanie to gorsze jak nago obłapianie. i ten wilhelmi! z tym to bym ja za żadne pieniądze nie szła sie całować, brrr...
a z dymszą?
co z dymszą?
szła by babcia?
dymsza miał krzywe nogi, na beczce prostowane.
olbrychski?
a jidź!
holoubek?
ahahahaha!
no nie wiem, łapicki?
o, ten ładny, ale za sztywny, hrabiątko takie. i daj mnie spokój, bo ja tu robotę mam, ręce myj, obiad stoi.


sobota, 30 września 2017

kant

kiedy umarł miałam piętnaście lat
przez piętnaście lat nie widziałam,
żeby kupował nowe ubrania
wszystko, co wisiało
w tej szafie bez pleców i dna
było sprzed historii
(oprócz bielizny,
której co najmniej jeden komplet
otrzymywał każdego roku na gwiazdkę
razem z gorzką czekoladą
ze zjednoczonej okazji
urodzinowo-imieninowo-bożonarodzeniowej)

jego garnitury,
i te całoroczne, i lżejsze letnie
były co prawda
trochę wyświecone godzinami pod żelazkiem
ale niezmiennie eleganckie
czy do siatkowego kapelusza
czy do filcowego
czy pod karakułową zimową furażerkę

sąsiadki mówiły
ten twój dziadek to się nosi
on tak potrafi
prosto
jak jakiś pan.

ubrania prasował sobie sam
spryskiwał wodą pożółkłe płócienko
znikał w kłębach pary
kiedy wszystko było idealnie gładkie
uśmiechał się niezauważalnie
i posapywał niedosłyszalnie.

spodnie wywracał na lewą stronę
przeciągał mydłem wzdłuż nogawki
potem, unosząc się w białym obłoku,
na prawej stronie
starym jak świat żelazkiem
stwarzał
najidealniejszy w mieście
kant.

wychodziliśmy z domu
a on wycinał przede mną drogę przez miasto
codziennie ciął miasto kantem
sam je sobie zbudował
i dlatego
nic nikomu do tego.

piątek, 4 listopada 2016

odwiedziny

jesienią zanikają dni
stare dzieci
przyjeżdżają i odjeżdżają
błyszczą im oczy
pekaesów


niedziela, 30 października 2016

zosia, 106

raz do roku musiała robić objazd rodziny na wsi, czasem z nią jeździłam. ubierała się elegancko, pleciony toczek, cieliste lakierki z klamerką i świeża ondulacja. ty też się ubierz, nie w te chłopskie trepy, drelichy od stoczniowca, sukienkę ładną włóż, do figury.
wracałyśmy w naszych sukienkach, obładowane życzliwością ciotek i wujków.
co poradzić, że w domu najlepiej, mówiła i zarabiała ciasto na drożdżowe. załącz telewizor, może co tam będzie. dziadek to najwięcej lubił te z gołymi nogami, z piórami w tyłku, o, na te on lubił patrzeć. ja mówiła do niego, o, na te to ty lubisz patrzeć, stefek, na te to ty lubisz! a on się wtedy tylko tak śmiał cicho.
ona lubiła boks.
ze dwa razy udało nam się razem obejrzeć rockiego w telewizji. to było coś.


piątek, 30 października 2015

zosia, 105

do lasu to ja nie lubiała chodzić, co to to nie. jak mnie jaki chłopak na przechadzkę do lasu ciągnął, pójdź zosia, powiadał, ładnie w lesie, tak ja już nigdzie z nim nie poszła. nigdy. jak już musiałam przejść, to byle szybko, pod nogi ino patrzyłam, głowa na dół, zęby zacisknięte. najlepiej bym uszy zatkała, co by nie słyszeć tego szumu, a to tak szumi, szuuuu szuuuu, jakby ci się nad głową nachylali, aż mnie duszność brała.
a nad morze to mnie wołem nie zaciągną. jezioro, rzeka, to ja lubię. nad kanał się przejść, na statki popatrzeć, ale morze... brrrr, aż mnie zaraz plecy cierpną. ja raz była. w jastarni, w sanatorium. wyszła na balkon, a tam las szumi okropnie, i morze szumi strasznie, i te mewy jeszcze skrzeczą, to dopiero leczenie chorego człowieka, chyba, że na śmierć. ani nocy tam nie byłam, zaraz nazad pociągiem do gdańska wróciłam. a dziadek się śmiał, oj, ty kobietko chyba beze mnie nie mogłaś strzymać. a ja się tego szumu brzydziłam.



czwartek, 30 października 2014

zosia, 104

a coś ty takich łyd dostała? no, jakie ty masz grube łydy! to ja pierwsze patrzę, że ty masz takie grube łydy! taka zawsze tutaj, szczupła, ładnie, a tu takie łydy! ty za dużo źresz chyba? ja ci za dobrze daję... ja ci powiadam, ty się lepiej weź, żebyś ty się jaka gruba nie ostała. no to dopiero!
tutaj, na buzi to ładnie, chodzisz ładnie, o! chód to ty masz ładny, za mamą... ale mama takich łydów to nigdy nie dostała!
i gdzie ty lecisz na ten mróz z tymi mokrymi włosami, toć zjedz śniadanie chociaż, matkoboskajózefieświętywszyscyświęci, z mokrymi na mróz poleciała, ma ona dobrze w głowie? szalik weź, a nie ta szlajfka ino, powrózek jakiś! taki ładny szalik ci uwięzłam...


piątek, 7 marca 2014

wydech

masz taki jeden oddech
jak wieczorna fala.
dopiero
kiedy mojego karku piach
wchłonie ją całą,
mogę zasnąć.



wtorek, 28 stycznia 2014

mam swój kręgosłup







środa, 8 stycznia 2014

trzech króli 2014

wreszcie ciało się strawiło trzej królowie o przerdzewiałe stalowe nerwy trochę naderwali duszy sukienkę odpoczywaj Tato.





poniedziałek, 18 listopada 2013

osiemnasty jedenasty

wszystkiego dobrego
z tobą
mam dwa razy więcej













niedziela, 17 listopada 2013

córeczka

kręci się kreci się kręci się
zawsze
w trochę inną stronę














to było latem 2008 w Gdańsku


sobota, 31 sierpnia 2013

trochę planeta

gramy ostrą gałę mamo.

szesnaście razy lato

maks.

piątek, 30 sierpnia 2013

brat








nie zimno ci w nóżki?





nie.


















niedziela, 4 sierpnia 2013

dziecko z karty deserów

felicja.
od 369 dni
sypiam z twarzą w torcie.


niedziela, 23 czerwca 2013

oratio dominica

tato tatusiu
najwyższy
najpiękniejszy najmądrzejszy najdowcipniejszy
najszybciej biegający
suchy w deszczu
który przeczytałeś
który mówiłes językami
który znałeś odpowiedzi
który szedłeś
który śpiewałeś
który nie siadałeś
który oddychałeś albo który nie oddychałeś
który się nie lękałeś.

ale

który się bałeś,

w ogóle
nie miałeś matki
i ojca prawie nie miałeś
i nie znalazłeś drogi
i nie znalazłeś miejsca
i za często pękało ci serce

na swoich antypodach
żyjesz dziewięć razy po dziewięć
i dalej nie umiesz miłości.

i, bo cię pewnie nie zobaczę,
w legacie przyjmuję
twoje wyściełane mchem dziurawe trepy.
nie muszę w nich chodzić przecież.



poniedziałek, 17 czerwca 2013

przy iskaniu truskawek

wcisnęła mu już swój klucz, głowę, ręce, brzuch, po kolei całą resztę.
z sercem było najtrudniej,
maskowała jajecznicą
zakopywała pod surówką
przykrywała pierogami
odsyłał talerz do kuchni, z sercem, co sekundę niemrawo podrygującym.
w końcu powiedział:

daj je

tylko

obierz ze skórki. mama zawsze obierała ze skórki.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...


WSZYSTKIE TEKSTY, FILMY, FOTOGRAFIE I RYSUNKI UMIESZCZONE NA TYM BLOGU, SĄ WŁASNOŚCIĄ MOJĄ LUB AUTORÓW, KTÓRZY UDZIELILI ZGODY NA ICH PUBLIKACJĘ.
KOPIOWANIE I ROZPOWSZECHNIANIE BEZ ZGODY MOJEJ LUB AUTORÓW JEST ZABRONIONE.
© Katarzyna Wasilkowska