Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziadki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziadki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 października 2025

zosia 115

– babcia, daj cukierka.
– idź do gierka.
– no weź!
– a co ty sobie myślisz? że mie się koco?
– przecież wiem, że masz. pokitrane.
– jak mam, jak mie zeżarłaś wszystkie! nawet te obrzedlywe. ty jesteś na ten cuker żarta jak zagłodzona jaka. byś ty tak żarta na co insze była, zupy byś zjadła jarzynowy, chuda taka, zara ci te portki same z dupy zlecą. kto to widział, żeby dziewczyna taka chuda była. szczupła tak, szczupła to ładnie, ale chuda z kośćmi to przesada.
– daj cukierka, muszę iść się uczyć.
– uczyć, pewno! dam ci, ale idź stąd. do pokoju.
– zasłonię oczy.
– idź, jak ci mówię!. i drzwi za sobą zamknij, nie podsłuchuj.
...
– masz tu, pastylki miętowe w czekoladzie. ostatnie. teraz to już nic mie nie zostało. ani szklaka. wszystko żeś zeżarła. ciekawe, czy kolację bedziesz jadła, po tyle cukru. przed wojną to ci powiem, za złotówkę całą tutkę cukierków można było kupić. takich i takich, jakich chciałaś. takie kwiaty to były… daj ołówka to ci narysuję, na co papieru szukać, tu mie zaraz gazetę… o, tak szło, łodyżka, druga stąd, o tak… no. tak tedy normalnie, kwiatki, z płatkami, kolorowe, a listeczki zielone, przezroczyste…
– i co?
– i jak się odgryzło taki kwiatek, to nowy odrastał. jeszcze ładniejszy, jak przedtem.
– mówiłaś, że dwa odrastały.
– ano czasem i dwa.
– i że takie kwiatki złotówkę kosztowały, a nie że cała torebka.
– a ty się nie miałaś uczyć? tyle wiesz, co zjesz. a od cukru rozum gnije, tego nie wiedziałaś, co?

środa, 30 października 2024

zosia 114

taka dobra uczennica, tyle czyta, czyta a czyta! a ty nie wiedziała, że kogut jaja znosi? ja nie myślała, że ty taka nieświadoma jesteś. kogut jaja znosi, powiadam ci. niedobre są i śmierdzące, jak mięso od knura, ale jak kto głodny, co poradzić? ja?! tfu, do ust bym tego nie brała, prędzej bym z głodu zeszła. ale znosi, znosi… daj, narysuję ci. łatwo poznać, takie, o… jak rogal.

poniedziałek, 30 października 2023

zosia 113

ty dziewczyno nie masz ani pojęcia, jakie cukierki my mieli przed wojną. za złotówkę to można było kupić całą torebkę. miętusków, oranżadek, czasem czekoladowych nawet, rozmaitych! najbardziej lubiłam takie w kształcie kwiatów. te byli droższe, złotówka za jeden. łodyżka taka była zielona, jak ze szkła, i listeczki takie, o, patrz jak ci tu rysuję, a od tego szły kwiatki, w rozmaitych kolorach, jak ze szkła, powiadam ci. a jak się odgryzło taki kwiatek, o… to dwa nowe odrastały! na bardzo długo wystarczył taki cukierek, alem się mu cieszyła… aż tatuś znowu jechał do miasta i nowych nam przywoził.



niedziela, 30 października 2022

zosia 112

o, już idą po tych schodach, już z tymi piórami w tyłku… patrz, patrz, jak się dziadek podśmiewa… boczkiem, boczkiem, wej no go… oj, lubisz ty te kabarety, te pióra w tyłku, stefek! w młodości to po kabaretach chodził, przy mnie się zaczął wstrzymywać. a może ty i na sztiptysy chodził, stefek? ty się lepiej przyznaj.

sobota, 30 października 2021

zosia 111

dziadek tak zawsze z tego blaszanego talerza. jak ja na to patrza, to mnie się zaraz przypomina ta opowieść, drewiana miska, co temu staremu w drewianą miskę jeść kładli, za nic starca mieli, nic jego nie szanowali

ale dziadek lubi swój talerz

niby lubi, a mnie się przypomina jak tamtego starego nie chcieli. aż umarł

piątek, 1 grudnia 2017

adwent

babcia z wiekiem trochę się zbiegła i ze sztucznego czarnego futra musiała upuścić kawałki. odeszło akurat na czapkę. była bardzo sprytna, a zaćma dopiero kiełkowała. zresztą igłę nawlekłaby nawet bez oczu, a może i bez rąk. w 1974 byłam tego pewna.
w grudniowej ciemności zaglądała do naszego pokoju i syczała moje imię. gramoliłam się zza sznurkowej kratki, chcąc i niechcąc jednocześnie tak bardzo, aż swędziały mnie kości.
po drodze chwytałam lampion, idealny sześcian z tektury, z bibułkowymi witrażykami. mama kleiła bryły jak fabryka, choć wówczas żadna fabryka nie produkowała adwentowych lampionów. dzieci myślały, że zagraniczny.
futro i czapka zmieniały babcię w wielkiego kreta z krótkim pyszczkiem. wkładałam granatowego misia, między łykami gorącego mleka zerkając, czy jej nos jednak nie wydłuża się w blady ryjek. ale nie.
ściągała mnie w pasie skórzanym paskiem i wychodziłyśmy na mróz.
podwórko skrzypiało nam pod butami, a my wędrowałyśmy na przełaj, wdychając zmrożone wyziewy restauracyjnych zaplecz. ten zapach ścinał w nosie gile w kryształy i dopiero kiedy oddtajały, można je było usunąć rękawem.
lampion chybotał się się na długim kiju, a drgający płomyk wiódł nas prosto w najgęstszy cień w mieście, cień ciemniejszy i większy od nocy.
całym, nie za ciężkim ciężarem uwieszałam się na żelaznej klamce, i na czarnych drzwiach, powycinanych w pierniczkowe krzyże, wjeżdżałam w szczelinę buchającą żywym lodem, zaciskając przy tym mocno powieki. bałam się, że skostnieją mi oczy, że pokryje je cienka skorupka, jak przy pierwszym mrozie na kałuży przy śmietnikach, i że ktoś nie będzie mógł się powstrzymać, żeby na nie nie nadepnąć. ja nigdy nie mogłam się powstrzymać.
wchodziłyśmy do kościoła, do wnętrza czarnej lodowej góry, i szłyśmy między lodowymi filarami, których szczyty ginęły gdzieś w nieskończoności, wiem dobrze, każdego grudniowego ranka zadzierałam głowę na ile pozwalała mi skóra na szyi, widziałam wyraźnie jak wtapiają się w kosmos.
odgłosy naszych kroków rozchodziły się po kościelnej posadzce kręgami, mijały filary i rozbijały o brzeg nocnego nieba, które na horyzoncie schodziło nisko do samej ziemi. zdumiewające, że właśnie nasze buty wprawiały w drganie cały kościół, przecież byłyśmy takie lekkie. ile może ważyć calineczka i kret?
szłyśmy dalej, i dalej, bo wnętrze czarnej lodowej góry było o wiele dłuższe niż jakiekolwiek podwórko w mieście.
wtedy, tuż przed horyzontem, zaczęły pojawiać się inne światełka, wszystkie chwiały się i podskakiwały w jednym kierunku, zlatywały pod ten ołtarz, z którego spada dziecko.
włączałyśmy się w rój lampionów, gdzie zapach się ocieplał i lekko dusił stearyną i kadzidłem. śpiewałam z zapałem spuście nam na ziemskie niwy, a gile wsiąkały w rękawy granatowego misia.
— pomódl się, żeby mama zdrowa była, pomódl się niech zdrowe dziecko ci urodzi — szeptała mi do ucha babcia-kret.
modliłam się, aż bielały mi palce.
potem zapalały się światła i robiło się normalnie, jak w kościele. wracałam w podskokach przez szare podwórko.
pod misiem nadal miałam piżamę, wślizgiwałam się więc do ciepłego łóżka rodziców i spałam do śniadania.


poniedziałek, 30 października 2017

zosia, 107

taki aktor to ma brzydko. w błocie się musi utaplać, całować się musi... całowanie to gorsze jak nago obłapianie. i ten wilhelmi! z tym to bym ja za żadne pieniądze nie szła sie całować, brrr...
a z dymszą?
co z dymszą?
szła by babcia?
dymsza miał krzywe nogi, na beczce prostowane.
olbrychski?
a jidź!
holoubek?
ahahahaha!
no nie wiem, łapicki?
o, ten ładny, ale za sztywny, hrabiątko takie. i daj mnie spokój, bo ja tu robotę mam, ręce myj, obiad stoi.


sobota, 30 września 2017

kant

kiedy umarł miałam piętnaście lat
przez piętnaście lat nie widziałam,
żeby kupował nowe ubrania
wszystko, co wisiało
w tej szafie bez pleców i dna
było sprzed historii
(oprócz bielizny,
której co najmniej jeden komplet
otrzymywał każdego roku na gwiazdkę
razem z gorzką czekoladą
ze zjednoczonej okazji
urodzinowo-imieninowo-bożonarodzeniowej)

jego garnitury,
i te całoroczne, i lżejsze letnie
były co prawda
trochę wyświecone godzinami pod żelazkiem
ale niezmiennie eleganckie
czy do siatkowego kapelusza
czy do filcowego
czy pod karakułową zimową furażerkę

sąsiadki mówiły
ten twój dziadek to się nosi
on tak potrafi
prosto
jak jakiś pan.

ubrania prasował sobie sam
spryskiwał wodą pożółkłe płócienko
znikał w kłębach pary
kiedy wszystko było idealnie gładkie
uśmiechał się niezauważalnie
i posapywał niedosłyszalnie.

spodnie wywracał na lewą stronę
przeciągał mydłem wzdłuż nogawki
potem, unosząc się w białym obłoku,
na prawej stronie
starym jak świat żelazkiem
stwarzał
najidealniejszy w mieście
kant.

wychodziliśmy z domu
a on wycinał przede mną drogę przez miasto
codziennie ciął miasto kantem
sam je sobie zbudował
i dlatego
nic nikomu do tego.

niedziela, 30 października 2016

zosia, 106

raz do roku musiała robić objazd rodziny na wsi, czasem z nią jeździłam. ubierała się elegancko, pleciony toczek, cieliste lakierki z klamerką i świeża ondulacja. ty też się ubierz, nie w te chłopskie trepy, drelichy od stoczniowca, sukienkę ładną włóż, do figury.
wracałyśmy w naszych sukienkach, obładowane życzliwością ciotek i wujków.
co poradzić, że w domu najlepiej, mówiła i zarabiała ciasto na drożdżowe. załącz telewizor, może co tam będzie. dziadek to najwięcej lubił te z gołymi nogami, z piórami w tyłku, o, na te on lubił patrzeć. ja mówiła do niego, o, na te to ty lubisz patrzeć, stefek, na te to ty lubisz! a on się wtedy tylko tak śmiał cicho.
ona lubiła boks.
ze dwa razy udało nam się razem obejrzeć rockiego w telewizji. to było coś.


niedziela, 14 sierpnia 2016

ciotka lena

dziś, na cienkiej smużce dymu czyjegoś marlboro
doleciało mnie wspomnienie ciotki leny

mogłabym napisać o niej dużo
jak uciekła z krakowa do sopotu przed maturą
jak przesiadywała w złotym ulu
jak zakochała się bez pamięci w hrabi kuncewiczu
jak została jego żoną, a potem jego wdową
jak znokautowała dresa w tramwaju (a nie miała już wtedy od dawna 79 lat)
jak nikt nigdy nie mógł zobaczyć jej bez czerwonej pomadki.
o tym nie napiszę
ani o jej zardzewiałym, głębokim śmiechu
ani o jej prosto z mostu
ani o jej automatycznym pojemniku, skrywającym snopek fajek
bo przypomniało mi się zupełnie

co innego

jak w swoim zmęczonym oliwskim pokoju
upina w białych włosach wspomnienia
i mdleją jej ręce
bo włosy są zbyt rzadkie
i wspomnienia nie chcą się w nich trzymać
wysuwają się uparcie
wtedy ktoś puka
i lena przeklinając
zgniata papierowe dłonie w pięści
idzie otworzyć drzwi
po drodze wkładając
perukę

kiedy otwiera
wygląda
jak ktoś
zupełnie inny.

piątek, 30 października 2015

zosia, 105

do lasu to ja nie lubiała chodzić, co to to nie. jak mnie jaki chłopak na przechadzkę do lasu ciągnął, pójdź zosia, powiadał, ładnie w lesie, tak ja już nigdzie z nim nie poszła. nigdy. jak już musiałam przejść, to byle szybko, pod nogi ino patrzyłam, głowa na dół, zęby zacisknięte. najlepiej bym uszy zatkała, co by nie słyszeć tego szumu, a to tak szumi, szuuuu szuuuu, jakby ci się nad głową nachylali, aż mnie duszność brała.
a nad morze to mnie wołem nie zaciągną. jezioro, rzeka, to ja lubię. nad kanał się przejść, na statki popatrzeć, ale morze... brrrr, aż mnie zaraz plecy cierpną. ja raz była. w jastarni, w sanatorium. wyszła na balkon, a tam las szumi okropnie, i morze szumi strasznie, i te mewy jeszcze skrzeczą, to dopiero leczenie chorego człowieka, chyba, że na śmierć. ani nocy tam nie byłam, zaraz nazad pociągiem do gdańska wróciłam. a dziadek się śmiał, oj, ty kobietko chyba beze mnie nie mogłaś strzymać. a ja się tego szumu brzydziłam.



czwartek, 22 stycznia 2015

stefan, mój dziadek

No a Dziadek Stefan, kiedy tylko zerwali z Babcią zaręczyny, wybył do Gdyni.
Budował Miasto, a Miasto go wchłaniało. Miał miejską naturę, panoczka. Cały tydzień robił, a w sobotę po robocie, szedł na murzynka do kawiarni, elegancko. Murzynek to było ciastko, czysty krem w czekoladzie. A potem pił słodką wódkę i rozrabiał do niedzieli.
Wziął do siebie, na pokój, ukochanego i jedynego brata, Jana. Chłopak miał lat 19, chętnie się Miasta uczył, na murzynki chodził, a po murzynkach pił słodką wódkę i rozrabiał, jak należało. Aż zapadł na gruźlicę i umarł. 21 lat nie miał. Stefan do końca życia sobie tego nie darował.
Zapadł na smutek, trochę przestał rozrabiać i pojechał Zosi oświadczyć się na nowo. Przez te dziesięć lat Zosia absztyfikantów miała wielu, ale kiedy Stefan stanął w sieni, w tym wełenkowym paltociku, w kapeluszu filcowym, z kwiatkiem, z ciasteczkiem, od razu widziała, że żaden się z nim nie równa. I poszła za niego, zaraz w tym roku co wojna wybuchła.
Na Meksyk z nim poszła, pod Chylonię. Nie było dobrze, poroniona ciąża, Dziadek w niewoli. Ale wrócił. Dzieci tylko nie mogli już mieć.
Poza tym było lepiej. Babcia szyła, i to jak. Dziadek na Politechnikę poszedł, na mistrza murarskiego się wykształcić. Cały tydzień robił, murzynków po wojnie chwilowo nie było, pił i rozrabiał tylko na weselach.
Dzieci tylko nie mogli już mieć.
U siostry Marii, w Węsiorach, bieda była, dzieci dużo i głód. Wzięli od niej to najmniejsze za swoje, Annę Krystynę, moją Mamę. Adoptowali dziewczynkę, ale Babcia była w strachu, że kiedyś się komuś odwidzi i kazała zapomnieć Dziadkowi i o Marii, i o Urszulce, i o Pelagii, co i tak wyjechała do Francji i słuch o niej zaginął. Tylko o Janku pozwoliła pamiętać, bo i tak już nie żył.
A w pięćdziesiątym trzecim przenieśli się do zrównanego Gdańska. Dziadek go podnosił. Mieszkanie dostali w kamienicy po rzeźniku, na drugim piętrze.
Dziadek cały tydzień robił, a w niedzielę jadł w domu ciasto. Czasem zaszedł do cechu, to i wypił przy okazji. Pił coraz rzadziej, ale raz na weselu jak zaciągnął, jak się do bitki wziął, to Babcia ledwie co podstępem do domu go zwabiła. Buty zdjęła, do łóżka położyła, a rano mu powiedziała, że z pijakiem żyć nie będzie, co to to nie. Dziadek powiedział "No co też ty, kobitko..." i przestał pić. I nie pił już nigdy.
Kiedy wycięli mu jelito, używał stosów ligniny, litrów rivanolu i kilogramów gorzkiej czekolady. Czasem, dla rozrywki, pogadał z Kobielową po kaszubsku.
A kiedy się urodziłam, dostałam Dziadka na własność. Opowiedział mi wszystkie kaszubskie bajki, nauczył mnie Miasta, a potem psychologii kolejek. Wyliczał, ile przed wojną można było kupić za złotówkę.
Dla Babci kupował perfumki i rajstopki, i inne luksusowe towary, ostatni raz w lutym 1985. Przyniósł do domu sznur papieru toaletowego i zawał. Zima była sroga, mama rodziła Stefanka, a myśmy jechali na pogrzeb warszawą.

Stefan Dublinowski, *25.12.1905  +26.02.1985



czwartek, 30 października 2014

zosia, 104

a coś ty takich łyd dostała? no, jakie ty masz grube łydy! to ja pierwsze patrzę, że ty masz takie grube łydy! taka zawsze tutaj, szczupła, ładnie, a tu takie łydy! ty za dużo źresz chyba? ja ci za dobrze daję... ja ci powiadam, ty się lepiej weź, żebyś ty się jaka gruba nie ostała. no to dopiero!
tutaj, na buzi to ładnie, chodzisz ładnie, o! chód to ty masz ładny, za mamą... ale mama takich łydów to nigdy nie dostała!
i gdzie ty lecisz na ten mróz z tymi mokrymi włosami, toć zjedz śniadanie chociaż, matkoboskajózefieświętywszyscyświęci, z mokrymi na mróz poleciała, ma ona dobrze w głowie? szalik weź, a nie ta szlajfka ino, powrózek jakiś! taki ładny szalik ci uwięzłam...


niedziela, 28 września 2014

miazmat

nie wiedzieć czemu
stajesz naraz na rozstajach zapachów
nie stąd
i nie z teraz.
dziś przyniosło tu woń
kawałka dętki,
z której dziadek,
lekko podrdzewiałymi nożycami krawieckimi babci,
odcinał wąski pasek
kiedy potrzebna była recepturka.
kawałek dętki trzymał razem z gumą do zelowania
obok nożyka, słoiczka z butaprenem
i słoiczka z tymi maleńkimi kanciastymi gwoździkami,
tak ostrymi, że kiedy próbowałam wyjąć jeden
w skórę palców wbijało się od razu kilkanaście
jakbym była z magnesu.
dziadek był mistrzem murarskim,
ale swojej kobietce buty zelował osobiście,
żeby nie musiała się trudzić do szewca
co pije i burczy.
choć tamten też był mistrzem.

zapachniał mi kawałek dętki
ale razem też pewex po lekcjach
gdzie można było poopowiadać sobie
co się kiedyś jadło
jakie perfumy kiedyś miała mama
i co kiedyś pili u jednego wujka

zapachniał mi kawałek dętki
pewexem po lekcjach
i na to
ostatnia porodówka
virkon, pot, krew i woda.

rozstaje całkiem gołe,
bez drogowskazu.

sobota, 30 sierpnia 2014

czasem śni mi się kur czterdzieści

Buchholz d. 9. 6. 42 N.b.p.I.Chr:
Kochani Synie
List twoj odebralim za ktori dzenkuiemy. zdrowi iestesmy Bogu dzenki.
Stefka to zawsze po staremu. pisz nam czy teras masz 2 Fotygrafki bo iak ni masz dwuch to ieden List zaginoł. naloti mamy tu prżeważne co Nocz narwieksze spustoszane na Köln biło ostatniego Maja take cok nigdi.
a tu kończa nie widacz. ieszcze zapowiadajo że znywo spalo. rozmaite ulotki spuszaio z czego widacz że ich nimogo pokonacz chiba znow gospodarczo bieda roszeńcze ale każdi se boji bo okropnie każo. w Holandiji głod okropny
Teras će mńelo pozdrawiamy twojo Matka
Papieru ni mamy bym wiency pisała

Kiedy Niemce weszli do Bzowa, zaraz było widać, że coś więcej będzie. Wszystkich psów rozstrzelali naprzód. Potem weszli do chałupy jak do siebie, dwóch takich, w butach wyglancowanych. Dziadek Mateusz powiadał, już oni nie w takich glancowanych będą stąd wyłazić. Miał rację choć nie doczekał.
Weszli w tych butach, rozsiedli się jak na swoim i żryć zawołali.
Babka Katarzyna powiedziała, że kurę zarżnie i rosołu nagotuje. Wyszła na podwórek i czterdzieści kur jak miała, tak zarżnęła. Szkopom rosołu dała i wódki. Pojedli, popili i uwalili się w jej małżeńskim łożu dębowym. Ani butów nie zdjęli. Babka przez noc kury oporządziła i zapeklowała. Po jednej zmianie bielizny dla każdego zapakowała i wszystko co z jedzenia zostało. Do Stefki mówi, zdejmij święte obrazy ze ściany, świętych obrazów Szkopom nie zostawię. Obrazy wisiały nad małżeńskim łożem, Stefka mówi, ja między tych żołnierzy nie stanę. Babka zdjęła buty, spódnicę podkasała i wlazła między śpiących pijanych Niemców obrazy ściągać. Schowała je na strychu za belkami. Czekały na nią. Widziałam je potem, w tym małym pokoiku, gdzie babka umarła. Chorowała długo i leżała na połówce tamtego łoża. Aż mówi, ugotuj mnie Hela zupy. Zjadła i mówi, daj mnie Hela czystą pościel i koszulę nocną czystą. Przebrała się, położyła w czystym piernacie i powiada, teraz mogę umrzeć. I umarła.

A wcześniej, jak wrócili z tych robót, już bez dziadka - on nawet pod tę Norymbergę nie dotarł, jej syn Władek objął gospodarkę. Do spółdzielni nie przystąpił. Różni im grozili, a to podpaleniem, a to na ukochanego konia Władkowego się zasadzali, aż w końcu prawie cała wieś z grabiami i czym tam jeszcze pod dom im podeszła. Babka Katarzyna tylko przed dom stanęła. Szczęki bez zębów zacisnęła i patrzyła. A oni pogapili się chwilę i odeszli. Nigdy już nie mówili o kułakach.

Więcej nie pamiętam.


piątek, 15 sierpnia 2014

zosia sarnowska

Zosia Sarnowska też była z Liniewka, jak Babcia. I jak Babcia wyjechała do Gdyni, tylko trochę później, zaraz po wojnie. Po śmierci Dziadka, przynajmniej raz do roku odwiedzała Babcię w Gdańsku. Zawsze dzwoniła, żeby się zapowiedzieć. TO ZOSIA?! ZOSIA DUBLINOWSKA?! - darła się do słuchawki. TU MÓWI ZOSIA! ZOSIA SARNOWSKA! POWIEDZIEĆ ZOSI DUBLINOSCE, ŻE JA JĄ ODWIEDZA, WTEDY A WTEDY! I odwiedzała w swojej ondulowanej, nadżartej dobrze przez mole peruce brąz do ramion z grzywką, w swoich okularach jak denka słoików, w swoich dzwonach z krempliny, w swoich golfach elastycznych, w swoich sztruksowych marynarkach w kwiatki. A zimą w nadżartych przez mole lisach na nadżartej peruce, a czasem jeszcze dodatkowy nadżarty lis żarł się pod jej pomarszczoną szyją we własny ogon. Uważała Babcię, że niby obie są panie z miasta. Babcia jej nie uważała. Mówiła, że jest młoda i głupia, a czasem, że stara i głupia. I nie lubiła słuchać o jej ginekologicznych przygodach, oraz zapoznanych panach, oraz o pięćdziesięcioletnim synu jej, kawalerze-niedojdzie. Przez ostatnie ćwierć wieku nie raz wysilałam pamięć, żeby przywołać choć jedną opowiastkę Zosi Sarnowskiej. I nic, aż nieoczekiwanie dziś o piątej rano, wyświetliła mi się jedna taka jak żywa:

tak oni jeździli po tych doktorach, za tymi adopcjami z probówki, ile oni jeździli! aż wreszcie ona zaszła w tą urojoną ciążę. dwa lata w tej urojonej ciąży chodziła, pół roku rzygała, rok miała humory, jedno lato tłukła go pięściami, bez zimę wyszykowała pokój dla dzieciaka, tam na chyloni, po tym wzięło i ją wzdęło, no powiadam ci zosia, takiego bębna dostała, większego jak twój. ten chłop to już nie mógł tego strzymać, prawie i by w głowę zaszedł. aż ty patrz, wzięła i poroniła. i na całe szczęście, bo by od niej chyba poszedł.



środa, 30 października 2013

zosia, 103

o, chłopy to są brzydkie, ty to nie wiesz, jak taki chłop się do kobiety cały trzęsie. do mnie taki listonosz zachodził. przyniósł listy, ja sobie tak przy piecu siedzę plecami, on tak wedle mnie, na ławeczce, na mnie nie patrzy, tylko mówi, tak pod nosem, a zosia na potańcówkę w sobotę pójdzie? do rekownicy? a ja, może pójdę, może nie pójdę. aż czuję, jak ta cała ławeczka się trzęsie, aż mnie sie plecy o ten piec obijają. to on do mnie się tak trząsł cały. tak ja parsknęła śmiechem, aż on się zrobił czerwony na gębie, zerwał się i poszedł, aż się zakurzyło. chłopy to są brzydkie.

a dziadek?

o, dziadek to był szykowny.




poniedziałek, 25 lutego 2013

wciąż

jest jeszcze parę spraw
gazu zakręcanie
wody oszczędzanie
wnuków wyglądanie
leków chomikowanie
na listonosza czekanie
grobu męża doglądanie
czasem zapominanie
telewizora włączanie-wyłączanie
szpitalnej bielizny kompletu pielęgnowanie
butów niedzielne pastowanie
sąsiadów pośpiesznych zagadywanie
pacierzy odmawianie
amen

(wciąż pamiętam tamtych świętych:
asprokol od reumatyzmu
rapacholin od wątroby
penterytritol od miażdżycy
enkopiryna od serca i mózgu
metokard od ciśnienia
neokardina od wszelkiego wypadku
glukardiamid od mocy (podjadałam, dobre, cukierkowe, dużo mocy)

riwanol-maść alantanowa-kwas borny-kamfora-kwas mrówczany-emskie-lignina-lignina-lignina.
gorzka czekolada.)

wtorek, 27 grudnia 2011

tort

w czasach kiedy dziadek miał urodziny z Jezusem
babcia robiła tort ze spirytusu, czarnego biszkoptu i białego kremu.
było dużo śpiewania
wciskałam gałki do środka głowy
i padały śniegi
w różnych kolorach



niedziela, 30 października 2011

zosia, 101

halo, ja jestem babcia kasi takiejatakiej, z drugiej e, ja tu chcę do wychowawczyni od niej zostawić wiadomość, do profesor da... do... jak ja źle widza bez te okulary... nie, da...takiejatakiej. kasia ma temperaturę trzydzieści osiem dziewięć kresek i ból gardła i kaszle. nie będzie jej dziś na lekcjach, dziękuję, do widzenia.  a ty dziewczyno gupoty robisz, jeszcze mnie na stare lata takie gupoty każesz robić, a jena... żeby ta mama wiedziała to by ci zaraz kazała do dom wracać... już ty jesteś chora...
herbaty ci zrobia z cytryną. obiad będziesz jadła? a włosy mnie zrobisz?

nie było już pieca, plecy grzała na żebrach kaloryfera.
a jak się śmiała trząsł jej się brzuch i wypadały wszystkie zęby i z tego śmiała się jeszcze bardziej.
a potem kwas mrówczany na nogi, koronka do przemienienia pańskiego i chłopskie chrapanie do rana.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...


WSZYSTKIE TEKSTY, FILMY, FOTOGRAFIE I RYSUNKI UMIESZCZONE NA TYM BLOGU, SĄ WŁASNOŚCIĄ MOJĄ LUB AUTORÓW, KTÓRZY UDZIELILI ZGODY NA ICH PUBLIKACJĘ.
KOPIOWANIE I ROZPOWSZECHNIANIE BEZ ZGODY MOJEJ LUB AUTORÓW JEST ZABRONIONE.
© Katarzyna Wasilkowska