środa, 30 października 2019

zosia 109

- ja nie wiem... jak ona mogła dać mu takie brzydkie imię. arkadiusz! to takie brzydkie, takie złe.
- nie gadaj głupot, jak złe? to małe dziecko jest, aruś.
- arkadiusz! jak w piśmie świętym ci fałszywi...
- faryzeusze?
- nie faryzeusze, takie inne było, taki zły arkadiusz był.
- w biblii?
- toć mówię! nie pamiętasz? no, matko jedyna... jak ja mogła to zapomnieć. arkadiusz taki był.
- herod?
- a idź ty, brydo jakaś! herod! arkadiusz taki był, znany.
- chyba tobie.
- co mnie?
- tobie znany tylko, ten arkadiusz. będzie się teraz dzieciaka czepiać.
- ja się nikogo nie czepiam, dziecko niewinne, ale co tej do głowy strzeliło z tym arkadiuszem, to naprawdę...
- może august cezar?
- a ty głupia jesteś. august! to zupełnie inne imię, piękne, dostojne! chłopu frani było august, dobry to był człowiek, ale! jaki dobry! chociaż dla frani to tak różnie, ostro czasem.
- no widzisz, i też na a.
- matkoświętajózefieświętywszyscyświęci! august! to zupełnie inaczej brzmi. to chodzi o to diusz, usz, jak lucyfer.
- babcia zlituj się.
- nie mogę sobie przypomnieć.
- może ateusz, ale to nie biblijny termin.
- coś jak ateusz, ale nie, to jakiś król był, albo anioł zły.
- w każdym razie ochrzcili dzieciaka, nie?
- a bo oni się znają?
- ksiądz chrzcił. prałat bogdanowicz. nie zna się?
- e tam.
- wychodzę.
- po nocy nie wracaj. jakieś to takie rzymskie imię było, żołnierskie rzymskie.
- rzymsko-katolickie?
- rzymsko-pogańskie.


środa, 29 maja 2019

moja matka ma sześć żyć

słony wiatr skręca ci włosy
coraz mocniej w cukrową watę,
a ty dalej
na starych paragonach
rozrysowujesz
rozkłady sześciu żyć.
to trudne, kiedy metraże się kurczą
a życia wciąż rozpełzają
po świecie.

sześć,
tyle co dwie trzecie kota
po jednym zielonym oku na każdą:
na tę zwiniętą w kłębek na sofie
na tę chodzącą własnymi drogami

jak to robisz,
że między
sofą a własnymi drogami
wydajesz nam resztę z dziewięciu?
i nawet nie mrugną zielone oczy?

jak to robisz,
że miedzy
jedną a drugą koronką
 a treningami pamięci
   a śledzeniem youtube
     a zapominaniem
          okularów
            kluczy
              telefonu
               notesów ze-sprawami-do-niezapominania

nadal jeszcze masz czas
płynąć mi w żyłach?
mamo?

wtorek, 30 października 2018

zosia 108

śledzi ci nasmażyłam
tylko z chlebem jedz
jak ci ość stanie, to jak ja wyciągnę
jak ja nie widzę
to łatwo się idzie udławić
śledź jest zdradliwy
chyba, że z octu
ale ty z octu znowu nie lubisz
chleba sobie weź
chlebem popychaj
z chlebem pójdzie

poniedziałek, 12 marca 2018

rodzeństwo

jesteśmy sierotami
dziećmi sierot
wnukami sierot
zadajemy się z innymi sierotami
staramy się nie zostawiać po sobie nowych sierot
może czasem się udaje
może czasem nie

miłość podkreślamy na czerwono.

poniedziałek, 18 grudnia 2017

grudzień

pod dachem
trzymam dźwięki na dystans
i nie zagląda przez ramię
nikt
niezaproszony
niewezwany
niezaszczycony

przez okno mogę nie widzieć
ani jednego człowieka
ptaki na mnie gwiżdżą
koty mają swoje drogi
tylko
brzezina przez sen
szczęka z zimna
nie wiedzieć kiedy
naparła na parapet
no nie jest to las birnamski
raczej
kępa śniętych hatifnatów

w białej skórze
pękają niektóre powieki
unoszą się z trudem
zmęczonego starca
(czemu młode drzewa
mają takie stare oczy?)
gapią się
tak nieprzytomnie
że się nie liczy.

piątek, 1 grudnia 2017

adwent

babcia z wiekiem trochę się zbiegła i ze sztucznego czarnego futra musiała upuścić kawałki. odeszło akurat na czapkę. była bardzo sprytna, a zaćma dopiero kiełkowała. zresztą igłę nawlekłaby nawet bez oczu, a może i bez rąk. w 1974 byłam tego pewna.
w grudniowej ciemności zaglądała do naszego pokoju i syczała moje imię. gramoliłam się zza sznurkowej kratki, chcąc i niechcąc jednocześnie tak bardzo, aż swędziały mnie kości.
po drodze chwytałam lampion, idealny sześcian z tektury, z bibułkowymi witrażykami. mama kleiła bryły jak fabryka, choć wówczas żadna fabryka nie produkowała adwentowych lampionów. dzieci myślały, że zagraniczny.
futro i czapka zmieniały babcię w wielkiego kreta z krótkim pyszczkiem. wkładałam granatowego misia, między łykami gorącego mleka zerkając, czy jej nos jednak nie wydłuża się w blady ryjek. ale nie.
ściągała mnie w pasie skórzanym paskiem i wychodziłyśmy na mróz.
podwórko skrzypiało nam pod butami, a my wędrowałyśmy na przełaj, wdychając zmrożone wyziewy restauracyjnych zaplecz. ten zapach ścinał w nosie gile w kryształy i dopiero kiedy oddtajały, można je było usunąć rękawem.
lampion chybotał się się na długim kiju, a drgający płomyk wiódł nas prosto w najgęstszy cień w mieście, cień ciemniejszy i większy od nocy.
całym, nie za ciężkim ciężarem uwieszałam się na żelaznej klamce, i na czarnych drzwiach, powycinanych w pierniczkowe krzyże, wjeżdżałam w szczelinę buchającą żywym lodem, zaciskając przy tym mocno powieki. bałam się, że skostnieją mi oczy, że pokryje je cienka skorupka, jak przy pierwszym mrozie na kałuży przy śmietnikach, i że ktoś nie będzie mógł się powstrzymać, żeby na nie nie nadepnąć. ja nigdy nie mogłam się powstrzymać.
wchodziłyśmy do kościoła, do wnętrza czarnej lodowej góry, i szłyśmy między lodowymi filarami, których szczyty ginęły gdzieś w nieskończoności, wiem dobrze, każdego grudniowego ranka zadzierałam głowę na ile pozwalała mi skóra na szyi, widziałam wyraźnie jak wtapiają się w kosmos.
odgłosy naszych kroków rozchodziły się po kościelnej posadzce kręgami, mijały filary i rozbijały o brzeg nocnego nieba, które na horyzoncie schodziło nisko do samej ziemi. zdumiewające, że właśnie nasze buty wprawiały w drganie cały kościół, przecież byłyśmy takie lekkie. ile może ważyć calineczka i kret?
szłyśmy dalej, i dalej, bo wnętrze czarnej lodowej góry było o wiele dłuższe niż jakiekolwiek podwórko w mieście.
wtedy, tuż przed horyzontem, zaczęły pojawiać się inne światełka, wszystkie chwiały się i podskakiwały w jednym kierunku, zlatywały pod ten ołtarz, z którego spada dziecko.
włączałyśmy się w rój lampionów, gdzie zapach się ocieplał i lekko dusił stearyną i kadzidłem. śpiewałam z zapałem spuście nam na ziemskie niwy, a gile wsiąkały w rękawy granatowego misia.
— pomódl się, żeby mama zdrowa była, pomódl się niech zdrowe dziecko ci urodzi — szeptała mi do ucha babcia-kret.
modliłam się, aż bielały mi palce.
potem zapalały się światła i robiło się normalnie, jak w kościele. wracałam w podskokach przez szare podwórko.
pod misiem nadal miałam piżamę, wślizgiwałam się więc do ciepłego łóżka rodziców i spałam do śniadania.


poniedziałek, 30 października 2017

zosia, 107

taki aktor to ma brzydko. w błocie się musi utaplać, całować się musi... całowanie to gorsze jak nago obłapianie. i ten wilhelmi! z tym to bym ja za żadne pieniądze nie szła sie całować, brrr...
a z dymszą?
co z dymszą?
szła by babcia?
dymsza miał krzywe nogi, na beczce prostowane.
olbrychski?
a jidź!
holoubek?
ahahahaha!
no nie wiem, łapicki?
o, ten ładny, ale za sztywny, hrabiątko takie. i daj mnie spokój, bo ja tu robotę mam, ręce myj, obiad stoi.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...


WSZYSTKIE TEKSTY, FILMY, FOTOGRAFIE I RYSUNKI UMIESZCZONE NA TYM BLOGU, SĄ WŁASNOŚCIĄ MOJĄ LUB AUTORÓW, KTÓRZY UDZIELILI ZGODY NA ICH PUBLIKACJĘ.
KOPIOWANIE I ROZPOWSZECHNIANIE BEZ ZGODY MOJEJ LUB AUTORÓW JEST ZABRONIONE.
© Katarzyna Wasilkowska