Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miasto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miasto. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 grudnia 2017

adwent

babcia z wiekiem trochę się zbiegła i ze sztucznego czarnego futra musiała upuścić kawałki. odeszło akurat na czapkę. była bardzo sprytna, a zaćma dopiero kiełkowała. zresztą igłę nawlekłaby nawet bez oczu, a może i bez rąk. w 1974 byłam tego pewna.
w grudniowej ciemności zaglądała do naszego pokoju i syczała moje imię. gramoliłam się zza sznurkowej kratki, chcąc i niechcąc jednocześnie tak bardzo, aż swędziały mnie kości.
po drodze chwytałam lampion, idealny sześcian z tektury, z bibułkowymi witrażykami. mama kleiła bryły jak fabryka, choć wówczas żadna fabryka nie produkowała adwentowych lampionów. dzieci myślały, że zagraniczny.
futro i czapka zmieniały babcię w wielkiego kreta z krótkim pyszczkiem. wkładałam granatowego misia, między łykami gorącego mleka zerkając, czy jej nos jednak nie wydłuża się w blady ryjek. ale nie.
ściągała mnie w pasie skórzanym paskiem i wychodziłyśmy na mróz.
podwórko skrzypiało nam pod butami, a my wędrowałyśmy na przełaj, wdychając zmrożone wyziewy restauracyjnych zaplecz. ten zapach ścinał w nosie gile w kryształy i dopiero kiedy oddtajały, można je było usunąć rękawem.
lampion chybotał się się na długim kiju, a drgający płomyk wiódł nas prosto w najgęstszy cień w mieście, cień ciemniejszy i większy od nocy.
całym, nie za ciężkim ciężarem uwieszałam się na żelaznej klamce, i na czarnych drzwiach, powycinanych w pierniczkowe krzyże, wjeżdżałam w szczelinę buchającą żywym lodem, zaciskając przy tym mocno powieki. bałam się, że skostnieją mi oczy, że pokryje je cienka skorupka, jak przy pierwszym mrozie na kałuży przy śmietnikach, i że ktoś nie będzie mógł się powstrzymać, żeby na nie nie nadepnąć. ja nigdy nie mogłam się powstrzymać.
wchodziłyśmy do kościoła, do wnętrza czarnej lodowej góry, i szłyśmy między lodowymi filarami, których szczyty ginęły gdzieś w nieskończoności, wiem dobrze, każdego grudniowego ranka zadzierałam głowę na ile pozwalała mi skóra na szyi, widziałam wyraźnie jak wtapiają się w kosmos.
odgłosy naszych kroków rozchodziły się po kościelnej posadzce kręgami, mijały filary i rozbijały o brzeg nocnego nieba, które na horyzoncie schodziło nisko do samej ziemi. zdumiewające, że właśnie nasze buty wprawiały w drganie cały kościół, przecież byłyśmy takie lekkie. ile może ważyć calineczka i kret?
szłyśmy dalej, i dalej, bo wnętrze czarnej lodowej góry było o wiele dłuższe niż jakiekolwiek podwórko w mieście.
wtedy, tuż przed horyzontem, zaczęły pojawiać się inne światełka, wszystkie chwiały się i podskakiwały w jednym kierunku, zlatywały pod ten ołtarz, z którego spada dziecko.
włączałyśmy się w rój lampionów, gdzie zapach się ocieplał i lekko dusił stearyną i kadzidłem. śpiewałam z zapałem spuście nam na ziemskie niwy, a gile wsiąkały w rękawy granatowego misia.
— pomódl się, żeby mama zdrowa była, pomódl się niech zdrowe dziecko ci urodzi — szeptała mi do ucha babcia-kret.
modliłam się, aż bielały mi palce.
potem zapalały się światła i robiło się normalnie, jak w kościele. wracałam w podskokach przez szare podwórko.
pod misiem nadal miałam piżamę, wślizgiwałam się więc do ciepłego łóżka rodziców i spałam do śniadania.


sobota, 30 września 2017

kant

kiedy umarł miałam piętnaście lat
przez piętnaście lat nie widziałam,
żeby kupował nowe ubrania
wszystko, co wisiało
w tej szafie bez pleców i dna
było sprzed historii
(oprócz bielizny,
której co najmniej jeden komplet
otrzymywał każdego roku na gwiazdkę
razem z gorzką czekoladą
ze zjednoczonej okazji
urodzinowo-imieninowo-bożonarodzeniowej)

jego garnitury,
i te całoroczne, i lżejsze letnie
były co prawda
trochę wyświecone godzinami pod żelazkiem
ale niezmiennie eleganckie
czy do siatkowego kapelusza
czy do filcowego
czy pod karakułową zimową furażerkę

sąsiadki mówiły
ten twój dziadek to się nosi
on tak potrafi
prosto
jak jakiś pan.

ubrania prasował sobie sam
spryskiwał wodą pożółkłe płócienko
znikał w kłębach pary
kiedy wszystko było idealnie gładkie
uśmiechał się niezauważalnie
i posapywał niedosłyszalnie.

spodnie wywracał na lewą stronę
przeciągał mydłem wzdłuż nogawki
potem, unosząc się w białym obłoku,
na prawej stronie
starym jak świat żelazkiem
stwarzał
najidealniejszy w mieście
kant.

wychodziliśmy z domu
a on wycinał przede mną drogę przez miasto
codziennie ciął miasto kantem
sam je sobie zbudował
i dlatego
nic nikomu do tego.

środa, 4 czerwca 2014

sztach

otwieram nowy dokument w wordzie
i nie mogę zacząć pisać dopóki
nie wywołam tamtego zapachu
pierwszej strony zeszytu
(w kratkę, zawsze w kratkę)
z papiernika z piwnej,
albo z cyrkla z garncarskiej.
wymazuję te na talony,
były nieuroczyste, wstydliwe i niemiłe,
ale to pewnie nędzne uprzedzenia,
albo po prostu przypominają mi o talonowych butach,
z tego samego sklepu (meblowy na zaspie), ależ były ohydne.
więc dopiero jak wywołam ten zapach
w randze świeżego chleba,
mogę zacząć pisać.




niedziela, 4 września 2011

dom na wzgórzu

za furtką pachnie syrenką
dalej różami
nie - dalej bukszpanem jak kocie siki a potem różami
młode drewno stare drewno
wióry wióry wióry 
wióry na peruki
lakier pokost lakier klej
herbata z cytryną
drożdże z cukrem
naftalina z węglem
butla pluje winem w rurkę
zakurzony orzeł tym razem znowu nie mrugnął
pod prysznicem takie małe muszki

pierwszy pokój rosół  zegar
drugi pokój wujek wujek przekrój radio guma wrigley
trzeci pokój maszyna do szycia pierzyna

co cztery minuty domkiem potrząsa pociąg
kolejka w tę
towarowy gdynia-katowice
kolejka w tamtą
pośpieszny gdańsk-szczecin-berlin
kolejka w tę
nocny gdynia-zakopane
kolejka w tamtą
co cztery minuty pasażerów oszczekuje tarzan
co cztery minuty wygraża podróżnym cień marszałka dziadka
co cztery minuty dzwonią zęby w szklankach, okulary na szafkach, szyby do ogrodu
co cztery minuty nie wiem, w którym miejscu przerwałam pacierz
czasem kura czasem kogut
najbezpieczniejsze zasypianie w technostroboskopowym rytmie.

dawno.

środa, 31 sierpnia 2011

kiedy byłem duży

wyłuczyć się z wyuczonego porządku
wprzęślić w poprzek
zmusić słońce do zmrużenia się









fot. vasco'08


poniedziałek, 22 sierpnia 2011

perypatetyczny

na ulicach przeważa trend mocowania oczu na czubkach butów
miasto zapomina, że stopy mają swój rozum
a oczy
oczy

wtorek, 21 czerwca 2011

teraz ma na imię dziadek

kiedy tato
wyciągał z kieszeni wymiętą tabaczkową chustkę
i przykrywał nią miasto
domy kichały oknami

no smarknij
no tupnij
no kasia

z upowszechnieniem chusteczek higienicznych
wymarły supełki ku pamięci

sobota, 29 maja 2010

reklamówka

portfel z dowodem i telefonem do syna jakby co.
nitro na rozszerzenie.
pół rolki papieru jakby co.
budzik, bo ma duży cyferblat.
koronka do Najświętszego Miłosierdzia,
wyodmawiana do cna. z certyfikatem
ostatniego ostatniego namaszczenia jakby co.

uniwersalny ostateczny rozkład lotów.
jakby co.

wtorek, 25 maja 2010

kanikuła

trotuary opalają się, kiedy nikt po nich nie łazi nareszcie
frakcja ruralna opala się od księżyca
zwolennicy urbanii od latarni
technokraci od neonów

środa, 14 kwietnia 2010

pani marylka

budzę się o świcie
do twarzy w poduszce zbieram dźwięki
zza ściany spod podłogi zza okna z obok
pierwszy odczyt czasu

dziś, po raz pierwszy od tylu lat, odczułam brak roznosicieli mleka
brak długich szybkich rozdzwonionych kroków
brak brzęku parkowania pod klatką
brak protestu butelek podczas rwania skrzynki
brak szorstkiego wizgu po asfalcie
brak dzieńdobrypaniewesołoski! pani marylki

monotonne zamiatanie ulic o trzeciej uspokajająco poprawiało kołdrę
wózek z mlekiem emitował zapach śniadania
rytmicznie wykopywał z wyra 


niedziela, 21 czerwca 2009

to tu

gdańsk to dziadek, który wiąże mi sznurówki codziennie po śniadaniu.
to nieznośne suche okruszki z chleba dla gołębi na dnie kieszeni.
to ciągle zapominane spodnie i szalik dla gołego pana z fontanny pod ratuszem.
to przewieszanie się przez balustradę zielonego mostu z myślą, czy tym razem dziadkowi w końcu zakręci się w głowie i wpadnę do kanału.
to zapach wilgotnej cegły, ptasiego guana i morza.
to wiatr, tłoczacy tam i z powrotem powietrze w uliczki. dużo powietrza.
(zamykaj buzie bo ci nawieje)






fot. pp'1972


czwartek, 11 czerwca 2009

Boże Ciało

Kraj okadzony, wykwiecony, wydzwoniony. Powietrze gęste od słońca. Brzóski panikują, zanim pojawi się pierwsza chmura.
Deszcz zawsze najpierw bębni w baldachim. Białe sukienki w popłochu migają białymi obcasikami, gubią rytm dygania. Mamusie rozpinają namiot z czarnych parasoli.
Peruna jak zwykle szlag trafił, kiedy usłyszał Te Deum.
Procesje jak zwykle, po ostatnim dzwonku rozmieniły się na ścieżki ewakuacyjne.
Ostatnia zmywa się orkiestra dęta. Polska siada do stołu. Pierwsze, drugie, a na kompot kokakola.

Jezuski z ulgą przyklejają do szyb gorejące serca.

wtorek, 24 lutego 2009

elektrokardiomobil

jestem upośledzona działam na prąd
mam w dupie kabel podłączony do sieci
odcięcie zasilania jest dla miasta jak kopniak w mrowisko
nie wypiorę, nie napiszę, nie narysuję, nie zjem, nie wypiję, nawet kurwasz gaz chodzi na prąd, zaraz mi się życie rozładuje, umiem czytać umiem czytać gdzie jest jakaś książka
zapobiegliwie uprzedzając rebelię robotów zrób-to-samiśmy przemontowali się w androidy

(Ojcze nasz, żeby śmieciarze nie strajkowali, amen)

wtorek, 23 września 2008

wagary

porozjeżdżałoby się pięciozydlówki na torach tramwajowych
no bo
skoczkiem wzwyż już raczej nie zostanę.










na zdjęciu Maks, 2009


sobota, 23 sierpnia 2008

***

szło się świetnie w strugach dziś w kierunku sprawek.
strugi spłukują syf z miasta i przy okazji emaliują bruki więc jest też folderowo.
maszeruje się więc folderem, mija się mieżdunarodnych zwiedzaczy i tubylców.
strugi jednoczą europę. wszyscy grzecznie zunifikowani pod folią kolorowych płaszczyków z nieśmiertelnych kiosków ruchu. zafoliowane wąsy, srebrne oprawki, blondloki i platyny. kapturki celuja w niebo, żeby podziwiać emalię tego pięknego miasta. europejski folder bez kitu.
można wrócić na wieś.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...


WSZYSTKIE TEKSTY, FILMY, FOTOGRAFIE I RYSUNKI UMIESZCZONE NA TYM BLOGU, SĄ WŁASNOŚCIĄ MOJĄ LUB AUTORÓW, KTÓRZY UDZIELILI ZGODY NA ICH PUBLIKACJĘ.
KOPIOWANIE I ROZPOWSZECHNIANIE BEZ ZGODY MOJEJ LUB AUTORÓW JEST ZABRONIONE.
© Katarzyna Wasilkowska